Czasu minęło już mnóstwo, część gdyńskich filmów oglądamy już w kinach, a na inne musimy jeszcze zaczekać. A ja polecam wszystkim ciekawym 2 teksty. Pierwszy to festiwal autorstwa Kasi Taras opublikowany w Stopklatce – Żeby nie umknęło. Jeszcze o festiwalu w Gdyni.
Drugi tekst napisał Maciek Gil, sekretarz naszej wspaniałej Federacji. Wkejam i zachęcam do lektury (a Maćkowi dziękuję za ten podarunek:)).
(Prawda jest taka, że jako wysłanniczka Overgroundu-członkini jury PFDKF sama planowałam coś napisać, ale jakoś mi się nie udało. Cieszę się, że inni wyręczyli mnie tak sprawnie!)
Gdynia, Festiwal numer trzydzieści i trzy
Maciej Gil
Zakończył się 33. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Z Gdyni do domu w Krakowie mam daleko, a czas spędzany w pociągu (PKP niestrudzenie wydłuża czas podróży…) służy dumaniu i podsumowaniu… Oto garść refleksji zrodzonych podczas tej peregrynacji.
Dobry to był rok dla polskiego kina. Gdy filmów udanych, bardzo dobrych jest więcej niż 5, to śmiem twierdzić, że jest bardzo dobrze. A w moim subiektywnym rankingu jest ich 6. Podaję w kolejności przypadkowej:
„Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Fenomenalny powrót tego autora po 17 latach milczenia, rzadko udają się takie powroty. Otrzymujemy niebanalną opowieść miłosną, czy raczej – opowieść o przytłaczającej samotności, przez którą próbuje przedrzeć się uczucie. Znakomicie skonstruowany, przemyślany, precyzyjny film, z wyczuciem detalu, jakiego próżno szukać (40 dni zdjęciowych zrobiło swoje). Nagroda za… dźwięk (Federic de Ravignan, Philippe Lauliac, Gerard Rousseau), wyróżnienie za reżyserię. Plus pozaregulaminowa Nagroda organizatorów festiwali i przeglądów polskich filmów za granicą. Tak, to zdecydowanie jeden z najbardziej niedocenionych filmów tego Festiwalu.
„Mała Moskwa” Waldemara Krzystka. Opowieść miłosna, jakich mało. „Melo” dwustuprocentowe. W tle miłości Polaka do Rosjanki/Rosjanki do Polaka – Legnica (Polacy i mieszkańcy garnizonu wojsk radzieckich w proporcjach pół na pół) w pamiętnym 1968 roku. I choć mnie osobiście nie (wz)ruszyła ta opowieść, to doceniam i przytakuję, bo jak to jest zrobione! A jak zagrane! Będzie kinowy hit (mam nadzieję)! Grand Prix Złote Lwy, Nagroda za pierwszoplanową rolę żeńską (Swietłana Chodczenkowa). Plus pozaregulaminowe Nagrody Rady Programowej TVP oraz Prezesa TVP (dla filmu i dla Chodczenkowej).
„Boisko bezdomnych” Kasi Adamik. To kawał (spory, dwie godziny z okładem) świetnej filmowej roboty – dzieło sprawnie zrealizowane, fenomenalnie zagrane, fabularnie skonstruowane nieco na amerykańską modłę, podbudowaną nieco łatwym patriotyzmem, ale to nie przeszkadza upajać się ekranową opowieścią być może najintensywniej ze wszystkich konkursowych dzieł. Nagrody za kostiumy (Katarzyna Lewińska, Magdalena Rutkiewicz) i dla Eryka Lubosa za brawurową drugoplanową rolę męską. Plus pozaregulaminowa Nagroda Publiczności Silver Screen (tak, ten film na pewno będzie się podobał widzom).
„33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Przyznam na wstępie, że nie jestem szczególnym miłośnikiem twórczości tej autorki, choć przyznaję – z filmu na film jest coraz lepiej! Aż boję się pomyśleć, co będzie dalej, skoro teraz jest tak dobrze! Piękny, osobisty film (kto zna historię rodziny Szumowskich, ten wie, skąd inspiracje), w którym wszystko jest na miejscu i po coś, a jednocześnie nie ma grama dosłowności i stawiania „kropki nad i”. Razi nieco Julia Jentsch mówiąca głosem Dominiki Ostałowskiej (po co do dubbingu zapraszać aktorów o tak rozpoznawalnym głosie?!?), ale poza tym – chapeau bas! Nagrody za reżyserię, drugoplanową rolę żeńską (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), zdjęcia (Michał Englert), muzykę (Paweł Mykietyn). Plus pozaregulaminowe Nagrody dziennikarzy oraz Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych.
„Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. Reżyser do rany przyłóż, przezdolny i delikatny, z wielkim doświadczeniem w dokumencie plus cudowni mieszkańcy Domu Artystów Weteranów Scen Polskich plus faustyczny żywioł pod postacią Jana Nowickiego – niewielka była szansa, że to się nie powiedzie. I powiodło się! To nie tylko hołd wiekowym artystom, nie tylko portret niezwykłego zjawiska, jakim jest Dom w Skolimowie – to opowieść o życiu, przemijaniu, sztuce, miłości i całej galerii innych wielkich pojęć. Ale bez zadęcia i bez moralizatorstwa. Brawo, brawo, brawo! Srebrne Lwy za film i Nagroda za najlepszą rolę męską (Jan Nowicki).
„Bracia Karamazow” Petra Zelenki. Największy przegrany. Na etapie kwalifikacji do konkursu były podobno wątpliwości, czy to aby film polski (polsko-czeska koprodukcja, budżet mniej więcej pół na pół), ostatecznie zdecydowano, że tak, i że może startować w konkursie. I słusznie! Od początku festiwalu w kuluarach słychać było jednak opinie, że to zdecydowanie produkcja czeska, bo czeski reżyser, bo czescy aktorzy, bo znakomita większość dialogów po czesku… Ale jeśli film został zakwalifikowany, to takie dywagacje osobiście uważam za absolutnie bezpodstawne. Nie widzom i nie jurorom decydować o tym, jaka to produkcja – skoro decyzją włodarzy Festiwalu znalazł się w konkursie, to podlega ocenie na równi z pozostałą piętnastką. Bo ważne, że jego akcja rozgrywa się w Polsce, że niemal połowa sztabu była polska, że trafnymi obserwacjami mówi o współczesnej Polsce więcej niż niejeden „czysto” polski film, wreszcie – że to dzieło ze wszech miar udane! „Bracia Karamazow” otrzymali jedynie pozaregulaminowego Don Kichota – Nagrodę Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych (świetne uzasadnienie: „za to, że mimo usilnych starań nie ma się do czego przyczepić”!), główne jury pominęło to dzieło całkowicie. I tej decyzji nie pojmuję.
Czas na filmy mniej udane, ale do obejrzenia bez większych zgrzytów. To „Lekcje pana Kuki” Dariusza Gajewskiego – film znakomicie zrealizowany, warsztatowo bez zarzutu, ale treściowo bez temperatury i emocji; obejrzałem go i – tyle. To „Drzazgi” wreszcie debiutującego Macieja Pieprzycy – przyjemnie i ciekawie opowiedziane i skomponowane historyjki z życia trójki młodych ludzi ze śląskiego miasta; parę razy twórcom udało się inteligentnie wyprowadzić w pole moje przewidywania, a to bardzo lubię w kinie (Nagrody za debiut reżyserski oraz za debiut aktorski dla Karoliny Piechoty i za montaż dla Leszka Starzyńskiego). To „Rysa” Michała Rosy – doceniam temat, starania i (do pewnego stopnia) aktorstwo, ale w sumie film mnie zmęczył, zniechęcił i niewiele z niego we mnie zostało – może to, jak niektórzy próbują tłumaczyć, kwestia pokoleniowa (Nagroda za scenariusz dla Michała Rosy oraz wyróżnienia specjalne za role dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Krzysztofa Stroińskiego). To „0_1_0” Piotra Łazarkiewicza, niewątpliwie najlepszy film tego przedwcześnie zmarłego reżysera, mówiący co nieco o współczesnej Polsce i Polakach, ale obciążony zanadto teatralnym rodowodem i teatralną realizacją (Nagroda Stowarzyszenia Filmowców Polskich za twórcze przedstawienie współczesności).
I przyszła kolej na zamykające stawkę filmy. Nie udała się Magdalenie Piekorz „Senność”. Niestety, mocno kuleje tu scenariusz, kreślony strasznie grubą krechą, a z tym wiąże się nierozerwalnie fakt, że aktorzy nie bardzo mają co grać, trochę szkoda (zagadkowa Nagroda Publiczności…). „Lejdis” Tomasza Koneckiego obejrzałem kiedyś wcześniej. W sumie szkoda się rozpisywać na temat tego dzieła. Niech tam sobie będzie, niech go oglądają, zwłaszcza, że jako jedyny z konkursowych filmów nie korzystał ze środków PISF. „Niezawodny system” Izabeli Szylko miał być hołdem dla Aliny Janowskiej, zdyskontowaniem sukcesu wspaniałego filmu „Pora umierać” (hasło reklamowe „Niezawodnego systemu”: „Pora wygrywać”…), ale niestety – choć scenariusz był obiecujący, to scenarzystka zabrała się też za reżyserię i skończyło się porażką. Czuć w tej opowieści brak zdecydowanej, pewnej ręki reżysera, widać na ekranie wręcz zagubienie aktorów. Szkoda, zwłaszcza Aliny Janowskiej mi szkoda – mam nadzieję, że i dla niej przyjdzie czas na godne i udane dzieło-hołd. Natomiast wychodząc z kina po „Sercu na dłoni” Krzysztofa Zanussiego czułem się, jakby ktoś przez cały seans obrażał moją inteligencję i poczucie estetyki, także poczucie humoru, bo film reklamowany jest jako „czarna komedia”. Fatalny, przewidywalny i do bólu dosłowny scenariusz, którego nie mogli uratować nawet nieźli aktorzy z Bohdanem Stupką na czele. Bzdurny film wyraźnie obliczony na łatwy zysk i powodzenie wśród niewymagającej publiczności. Nic niewymagającej.
Przyznać muszę uczciwie, że nie widziałem ani „Drogi do raju” Gerwazego Reguły (przypadkiem), ani „Rancza Wilkowyje” Wojciecha Adamczyka (z premedytacją).
Na koniec jedno zdziwienie i jedno zdegustowanie. Zdziwienie: ostatni film zmarłego niedawno Witolda Leszczyńskiego (dokończony przez Andrzeja Kostenkę) „Stary człowiek i pies” znalazł się poza konkursem – także ku zaskoczeniu producenta Janusza Morgensterna. Dlaczego? Próżno dociekać. Nie jest to dzieło w pełni udane, ale ujmujące szczerością i przesiąknięte atmosferą przemijania. Niewątpliwie lepsze od kilku filmów wyżej wymienionych. A poza tym – to należało się Leszczyńskiemu, kilka razy z Gdańska/Gdyni wywoził przecież najwyższe laury… Zdegustowanie: kto zgadnie, kto jest najważniejszą, najgorętszą postacią polskiego kina? Otóż – Doda! Doda, która przez chwilę pojawia się w roli samej siebie (śpiewa na imprezie u pewnego krezusa) w filmie Krzysztofa Zanussiego. Kolejny tani efekt marketingowy, zdaje się, że podpowiedziany przez producenta i skwapliwie podchwycony przez twórcę. Niemniej – na nieobecność Dody w Gdyni narzekali realizatorzy filmu, dziennikarze, łowcy autografów… Nawet gazetka festiwalowa odnotowała ten jakże bolesny brak.
Komentarz do werdyktu? Moim zdaniem jest trafiony. Grand Prix to nie był strzał w dziesiątkę, ale nie jest to też pudło – raczej pójście za głosem i emocjami ludu (film świetnie przyjęty, wiele chusteczek łzami zroszonych). Świetny Artur Steranko z „Czterech nocy z Anną” znalazł wielkiego rywala w Janie Nowickim i przegrał. O wielkich niedocenionych/pominiętych już pisałem – to Jerzy Skolimowski i Petr Zelenka, ten ostatni z całym zastępem znakomitych aktorów (Ivan Trojan!), operatorem (Saša Šurkala) i kompozytorem (Jan A. P. Kaczmarek). Śmiem twierdzić, że ostatecznie krzywdą dla nich było włączenie „Braci Karamazow” do konkursu. Nie było na pewno nagród niezasłużonych i to, choćby w kontekście werdyktu ubiegłorocznego, cieszy.
W konkursie wystartowało tylko 16 z ponad trzydziestu anonsowanych w tym roku polskich produkcji. Warto zauważyć, że namnożyło się nam koprodukcji – polsko-czescy „Bracia Karamazow”, polsko-austriackie „Lekcje pana Kuki”, polsko-niemieckie „33 sceny z życia”, polsko-ukraińskie „Serce na dłoni”, polsko-francuskie „Cztery noce z Anną”. Fajnie. I ciekawe, że „Mała Moskwa”, grana niemal w komplecie przez Rosjan i po rosyjsku, to produkcja czysto polska. Zresztą zagranicznych aktorów w ogóle sporo w tym polskim kinie (Jentsch u Szumowskiej, Stupka u Zanussiego, Austriacy u Gajewskiego, Czesi u Zelenki). Czy z tych faktów można wysnuć wniosek, że polskie kino się ono europeizuje, czy wręcz „światyzuje” – w każdym razie osiąga bardziej międzynarodowy wymiar? Oby.

